Wśród zgiełku spalin i betonowych rytuałów, przechadza się on — uliczny szaman. Nie nosi pióropusza ani szat, bębna i kadzidła.. Ma kaptur przesiąknięty dymem ognisk i kieszenie wypchane kamieniami i piórami, które coś do niego mówią. W jego oczach odbijają się ruiny dawnych świątyń i przeszłość, która jeszcze nie zapomniała, jak śnić.
Szaman nie należy do żadnego plemienia — chyba że za plemię uznać tych, którzy czują, że świat to coś więcej niż to, co widać. Nosiciel starej gnozy, tej przekazywanej szeptem między wiciami aka, alchemią liści i pulsującym rytmem ziemi. Zna podział doby na żywioły, nie przez zegarek, ale przez zapach wiatru, zmianę światła i śpiew wróbla o świcie.
Mówią, że rozmawia z eterem. Że potrafi czytać znaki w kałużach i graffiti. Że wie, kiedy dużo mówić, a kiedy zupełnie milczeć. Nie walczy z systemem pięściami, tylko czasami— jego opór to oddech, świadomość i obecność. Ucisk współczesnej kultury nie złamał go, bo nie dał się jej pochłonąć. Chodzi własnymi ścieżkami, czasem obok nas, czasem poza czasem.
W jego dłoniach tli się miedź i drewno — tworzy amulety z żywiołów i symboli, nie dla zysku, lecz z dobrej woli, by przypomnieć, że magia jeszcze żyje, nawet na chodniku. Czasem ktoś się zatrzyma, spojrzy mu w oczy i zobaczy coś, czego szukał od lat. Szaman się wtedy tylko uśmiecha. Nie sprzedaje odpowiedzi. On tylko wskazuje kierunek — w głąb.
Poszukiwacz duchów opiekuńczych to po'e ninau kupapa'u

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz